Ale teraz, kiedy mieliśmy w skrzyni dodatkowe
sto dwadzieścia kilo, było jeszcze gorzej niż przedtem. Już te okłady ze śniegu
przestały pomagać, parokrotnie musieliśmy stawać, bo sil-nik tracił zupełnie moc
i metalicznie stukał i dzwonił na samozapłonie. Jeszcze jakoś wjecha-liśmy na
most Poniatowskiego, na wzniesienie, którego normalnie nikt nawet nie spostrzega
w czasie jazdy i zaraz potem Burek przerzucił na luz i zgasił silnik.
Stoczyliśmy się w kierun-ku Saskiej Kępy, kilkanaście metrów przed rondem
Waszyngtona skręcił w prawo i jednym kołem wózka wjechał na chodnik.
– Trzeba zobaczyć, co się dzieje w środku – powiedział zsiadając z motocykla. –
Jeszcze chwila i zatrze się jak kołek w płocie. Nie było innej rady.
– Zobacz, co mamy w tej torbie – powiedziałem, wciąż siedząc na tylnym siodełku.
W skrzyni leżała pompa do kół i bardzo brudna brezentowa torebka, owinięta w
równie brudną szmatę. Narzędzia są w torbie – poinformował nas Latoch,
przekazując nam motoro-wiec. Ale wtedy nie popatrzyliśmy, co jest w środku.
Teraz Burek otworzył torebkę.
Kolejno wyjmował klucze.

Jest czternastka i siedemnastka – powiedział – śrubokręt, klucz do świec,
przecinak i młotek. Jeszcze dziesiątka i kluczyk do magneta.
Wysiadłem w kałużę rozbabranego śniegu. Na szczęście była płytka..
Przejeżdżające z rzadka samochody pryskały spod kół wodą i grudkami śniegu. Ale
chodnik był względnie suchy.